sobota, 9 marca 2013

Rozdział szósty

Alex (Zee)

Rano obudziłam się o 6.30, co było bardzo dziwne, nie chciało mi się spać. Wstałam, poszłam do łazienki, weszłam pod prysznic i umyłam się. Po wyjściu z pod prysznica nasmarowałam się czekoladowym balsamem i dopiero wtedy przypomniało mi się, że dzisiaj jest zakończenie roku szkolnego. Szybko wyszłam z łazienki, podbiegłam do szafy i wyciągnęłam z niej: czarne rurki z mnóstwem dziur, białą męską koszulę, oczojebne vansy, a na nos postanowiłam założyć aviatory.

Sprawdziłam, która godzina. Była 7.30! Podbiegłam do okna, u Mika już paliło się światło.

- Mike! – Krzyknęłam.

Po chwili otworzył okno, a moim oczom ukazał się zaspany chłopak bez koszulki. Ale nie wnikałam w to.

- Spóźnimy się do szkoły!- On jakby trochę się ożywił – Jest twoja mama?

- Nie, pojechała już do pracy, a co?

- Szybko, ubieraj się, umyj, bierz deskę i chodź do mnie. Zrobię nam śniadanie.

- Dobra, dobra mamo – odparł

- Fusco nie jestem twoją matką tylko przyjaciółką, która zostawi cię bez śniadania jak do niej nie przyjdziesz.

- Poproszę płatki z mlekiem w temperaturze pokojowej i soczek pomarańczowy. Ale żeby była tylko połowa szklanki, tylko! - Powiedział zanim zdążyłam zamknąć okno. Wytknęłam mu tylko język i poszłam pomalować rzęsy tuszem. Zbiegłam po schodach znowu się przewracając. Pobiegłam do kuchni przygotować temu cymbałowi śniadanie. Po pięciu minutach raczył się stawić z deską w ręce.

- Śniadanie podano, sir. – Powiedziałam, na co on tylko się zaśmiał i zaczął pochłaniać płatki.

Po skończonym posiłku wyszliśmy z domu, ja zamknęłam drzwi na klucz, wsiedliśmy na deski i pojechaliśmy do szkoły. Mike cały czas zajeżdżał mi drogę, ja na niego krzyczałam, a wszyscy przechodnie, których było dużo jak na taką wczesną godzinę, oglądali się za nami. Dojechaliśmy pod szkołę, a Mike od razu mi gdzieś zniknął. W oddali zobaczyłam Sue. Przejechałam korytarzem, przy okazji wszystkich popychając.

- Uważaj jak jedziesz, ofiaro! – Krzyknęła Britney.

Wiecie, w każdej szkole są jakieś plastiki. W naszej to była właśnie Bitnej i jej piapsiułeczki. Olałam ją i jechałam dalej. W końcu dostałam się do Sue. Zaczęłyśmy rozmawiać, a pewnej chwili dostrzegłam dużą grupkę chłopaków, a w niej Mika, który kątem oka na mnie spoglądał. Zauważyłam, że pokazał na mnie dyskretnie palcem, na co cała grupa spojrzała w moim kierunku. Później, co chwila się na mnie patrzyli jak na kosmitę, ale nie wnikałam w to. Po pięciu minutach Katie doszła do nas i przywitałyśmy się. Dyrek zawołał nas na salę gimnastyczną, w której miało się odbyć zakończenie. Więc wsiadłam na deskę i zaczęłam jechać, ale oczywiście nasz kochany pan dyrektor, czuć ten sarkazm mam nadzieję, kazał mi zsiąść z deski i zostawić ją w sekretariacie, a po apelu zabrać.

- Ok Bob – powiedziałam.

On aż poczerwieniał ze złości, a dziewczyny i uczniowie zaczęli chichotać.

- Proszę się tak do mnie nie zwracać młoda damo – odpowiedział

- Dobra, dobra Bobek – i teraz już wszyscy w przeraźliwy śmiech. Myślałam, że ten gościu zaraz wybuchnie, ale on tylko odszedł, z taką miną, jakiej nie widziałam i mamrocząc coś pod nosem.

Po godzinnym apelu wszyscy aż wybiegli ze szkoły z wielkim rykem. Później z dziewczynami i Miky’m poszliśmy na miasto.

Chodziliśmy po galerii. Sue i Kat wchodziły tylko do sklepów z ciuchami, takimi jak na wyjście, a ja i Mike do sportowych.

Weszłam z chłopakiem do sklepu Nike i od razu podbiegłam do butów. Cała ściana była nimi zawalona! Patrzyłam się na nie jak na bóstwa. W pewnym momencie Mike zaczął się śmiać.

- Z czego rechoczesz? – Zwróciłam się do niego.

- Nawet nie masz pojęcia jak śmiesznie wyglądałaś. – Powiedział i objął mnie ramieniem.

Fakt. To musiało wyglądać komicznie. Wyobraźcie sobie dziewczynę gapiącą się z otwartą buzią na buty… Tak, racja w realnym świecie to wygląda zabawniej.

- To, które mierzymy? – Spytał z znienacka Mike.

- Nie mam zielonego pojęcia. – Uśmiechnęłam się.

- Pomóc wam może w czymś?

Dopiero teraz zauważyłam młodą dziewczynę przyglądającą się nam. Wyglądała na około 18 lat. Miała tlenione blond włosy, tonę tapety na twarzy i tipsy… Ale to nie byle, jakie. Tylko takie metrowe. Bałam się, że mi nimi oko wydłubie, a cycki… Boże, tak wielkie, że nie wiem… Bluzka do pępka, a spodenek to krótszych już nie widziałam. Dziwiłam się, że do pracy takich ludzi przyjmują.

- Nie… A właściwie tak. – Zaczęłam, ale nie dane mi było dokończyć, bo Mike się wciął.

- Daj nam wszystkie buty, rozmiar 41 i 47.

- Okey???

Ona odeszła, a ja widziałam jak gapił się na jej tyłek, a wcześniej na cycki.

- Czy ciebie do końca powaliło?!

- Ale o co chodzi? – W końcu zszedł na ziemię.

- O gówno! O to, że chcesz wziąć wszystkie buty do przymierzenia.

- No weź, fajnie jest poprzymierzać. – Próbował się wymigać, ale ja wiedziałam, że chodzi o to, żeby zostać tu dłużej i pogapić się na jej cycki.

Po chwili przyszedł ten plastik z naszymi butami, pewnie z zaplecza. Przymierzałam je z pół godziny, a Mike po 15 minutach przestał i zaczął z tym czymś rozmawiać. Ostro się wkurzyłam. Po chwili nie wytrzymałam, podeszłam do nich, złapałam Mika za rękę. Spojrzał na mnie, a ja zobaczyłam iskierki w jego oczach.

- Wybrałaś coś? – Spytał olewając tego plastika.

- Tak, a ty?- Uśmiechnęłam się.

- Też. – Odwzajemnił uśmiech.

Podeszliśmy do miejsca gdzie zostawiliśmy buty.

- To, które bierzesz? – Spytałam.

- Te. – Pokazał mi je, a ja zaczęłam się cicho śmiać.

- Co?

- Nic… Tylko, że ja też je wybrałam. – Uśmiechnęłam się.

Zauważyłam, że w jego towarzystwie często się uśmiecham.

Poszliśmy zapłacić.:

- Ej, może dasz mi swój numer? – Spytało to coś trzepocząc doczepianymi rzęsami.

- E…

- Mike? – Spojrzałam na niego i złapałam na chwilę za rękę.

- Sory, pustaku. Mam już przyjaciół i jedną wybrankę mego serca. – Uśmiechnął się, a ja posmutniałam. – Wolę naturę, a nie dekorowanie wnętrz (jak ktoś nie wie, o co chodzi to niech śmiało pyta xD)

- E, ale czekaj! – Krzyknęła za nami, kiedy byliśmy już przy wyjściu.

Ona chyba ma gorszą koordynację ruchową niż ja, ponieważ przechodziła koło pudełka z butami i zawadziła o nie swoją 15 centymetrową szpilką (chodzi o but! xd) i upadła prosto na twarz. My jakoś nie przejęliśmy tym i dalej maszerowaliśmy do Zary gdzie zapewne powinny być teraz dziewczyny. Weszliśmy do sklepu i biegaliśmy pomiędzy półkami i wieszakami szukając przyjaciółek. Po pięciu minutach znaleźliśmy je obładowane, każda po 50 toreb (w przybliżeniu)

- Boże! Wy tu chyba macie z 50 toreb! – Złapałam się za głowę.

- Nieprawda! – Zaprotestowała jak mała dziewczynka Kat.

- Ja mam 47, a Katie 42. – Wyszczerzyła się Sue.

- Ale to nie tylko dla nas.

- Znowu zaczynacie?! – Zaczęłam – Ja nie będę nosiła żadnych sukienek, spódniczek, rajstop czy czego innego!

- Oj, wiemy, że nie będziesz! Ale zobaczysz, co ci kupiłyśmy dopiero w Melbourne. – Popatrzyły się znacząco na Mika, który w tym momencie przeglądał wieszaki z fajnymi kangurkami (bluzy).

- No chyba was powaliło! – Krzyknęłam szeptem.

- Ej, Alex. Chodź do mnie! – Zawołał mnie chłopak.

Podeszłam do niego i wymusiłam sztuczny uśmiech, bo właśnie przypomniało mi się, co mówił Mike, kiedy wychodziliśmy ze sklepu, to o wybrance jego serca.

- Co tam?

- Patrz! – Pokazał mi bluzę, która wyglądała jakby ktoś strzelał do niej z paintball’a i miała duży biały napis ‘FOREVER” z przodu. Była piękna.

- Jaki rozmiar? – Spytałam zaciekawiona jej pięknem.

Wiem, wiem, patrzę na niektóre rzeczy z ubóstwieniem.

- XS, S, XS, XL, XXS, M! – Powiedział wręczając mi bluzę. – I, i, i… Jest L! – Był cały uchechany.

- Bierzemy je! – Powiedziałam z uśmiechem.

- No oczywiście, że tak!

Pobiegliśmy do kasy i położyliśmy bluzy na ladzie. Zaczęłam już wyjmować portfel z torby, ale Mike złapał mnie za nadgarstek.

- Ja płacę. – Uśmiechnął się.

- Hahaha… Śmieszny jesteś. – Powiedziałam sarkaztycznie. – Ile płacę? – Zwróciłam się do kasjerki, która miała już swoje lata.

- Jezu, jak ty jesteś uparta! – Żalił się Fusco.

- Po prostu chcę zapłacić za swoje zakupy.

- Nie wyrobię z tobą. – Powiedział wznosząc oczy ku niebu.

- To… - urwałam, ponieważ Mike przewiesił mnie sobie przez ramię i zaczął wychodzić ze sklepu. – Ej, no, co ty robisz?!

- Wynoszę cię ze sklepu, bo nie umiesz się zachować. – Usadowił mnie na ławce przed Zarą. – A teraz siedź i się stąd nie ruszaj! – wydał polecenie i ruszył z powrotem do kasy.

Czy on mnie nie zna? Przecież wie, że ja i tak za nim pójdę. Uśmiechnięta wstałam i skierowałam się do sklepu. Właśnie dochodziłam do kasy i usłyszałam jak kobieta mówi:

- Jesteście wspaniałą parą.

- E… My nie jesteśmy parą. – Powiedziałam to w tym samym momencie, co Fusco.

- Naprawdę? – Zdziwiła się. – To chyba w tych latach przyjaźń okazuje się inaczej. – Uśmiechnęła się szczerze. – Kiedy ja była młoda, uciekało się przez okno, żeby spotkać się z ukochanym. – W tym momencie posmutniała.

- Czy coś się stało, proszę pani? – Spytałam zmartwiona.

- Nie, tylko pamiętam to do dziś, kiedy mąż po mnie przychodził, pomagał zejść z dachu i razem uciekaliśmy do lasu…

- Musi być wspaniały. – Wtrącił Mike.

- Był… - poprawiła go. – Zginął w wypadku samochodowym… Tego dnia, mieliśmy obchodzić nasza 50 rocznicę… - słona łza spłynęła po pokrytym nielicznymi zmarszczkami policzku.

- Em… Nie musi pani opowiadać, jeśli sprawia to pani ból.

- Nie… Po prostu trzeba to kiedyś powiedzieć, wyrzucić z siebie, żeby nie leżało już na duszy. W tym dniu była nasza 50 rocznica. Od rana spędzaliśmy ze sobą czas, chodziliśmy po parku i wiecie takie tam. Wieczorem Ronald – mój mąż – pojechał do sklepu kupić nam wino do kolacji. Cały czas byłam uśmiechnięta, czekałam na niego kończąc robić kolację. Wszystko było pięknie, gdy nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Poszłam otworzyć. Uchyliłam drzwi, a w nich spostrzegłam dwóch mężczyzn – policjantów. Oni zdjęli czapki z głów…- zrobiła chwilę przerwy. – I powiedzieli, że mój mąż zmarł. Jechał samochodem i ciężarówka nie zauważyła jego auta… Pomimo tego, że zmarł, ja trzymam jego wszystkie rzeczy w szafie, leżą tak jak zawsze. Kosmetyki tak samo. Zdjęcia stoją na kominku. Wszystko jest na swoim miejscu, a ja nie chcę o nim zapomnieć: o jego uśmiechu, zawsze przepełnionych radością oczach wyglądających spod grubych szkieł. Codziennie otwieram szafę i zaciągam się zapachem jego perfum. Zawsze dziwiło mnie, że jeszcze nie wywietrzały. Niektórzy mają hipotezę, że to dla tego, ponieważ szafa jest zamknięta, a ja chcę zawsze myśleć, że to jeden, ten sam dzień się powtarza, że on tylko pojechał do sklepu kupić coś na śniadanie. Nie płakałam za nim. Brakuje mi go, owszem, nawet nie wiecie jak bardzo, ale ja wierzę, że tam gdzie teraz jest, żyje mu się lepiej, że pewnego dnia spotkamy się i będziemy do końca razem. – Uśmiechnęła się.

Ja już nie zważałam na to jak wyglądam, po prostu łzy spływały po moich policzkach. Niby ta historia ani trochę nie dotyczy mnie, ale przejmuję się losem takich ludzi. Mike też miał ślad na policzku, który zostawiła jedna słona łza. Chłopak objął mnie ramieniem i wytarł moje mokre policzki.

- Proszę was, nie mówcie, że wam przykro i takie tam bzdury. – Zaśmiała się kobieta.

- No to powiem pani, że ja też wierzę, że spotkacie się i będziecie ze sobą już do końca. – Powiedziałam.

- Długo i szczęśliwie. – Dorzucił Mike.

- To do zobaczenia dzieciaki. – Uśmiechnęła się do nas.

Zaczęliśmy odchodzić, ale Mike jeszcze został na chwilę, a ja usłyszałam tylko:

- Pamiętaj! Walcz o nią! Bez przerwy! – z ust kobiety padły te słowa, które zmusiły mnie do myślenia, o kogo może chodzić.

- Jestem! – Krzyknął Mike wprost do mojego ucha i objął mnie od tyłu w talii.

- Nie drzyj ryja! – Odwróciłam się do niego przodem i również wrzasnęłam mu do ucha.

On tylko się zaśmiał.

- Ej, gdzie my zostawiliśmy te wariatki? – Zaczęłam.

- Patrz, tam są! – Pokazał palcem na ławkę przed galerią, a ja złapałam go za rękę i ciągnęłam do wyjścia.

Przeszliśmy przez oszklone drzwi.

- To gdzie dalej? – Spytałam przyjaciółek.

- Ja już nigdzie nie dojdę z tymi torbami. – Sue przejechała wzrokiem po torbach z zakupami.

- Ja też! – Kat przyznała jej rację.

- No to do domów. – Posmutniałam.

Pożegnaliśmy się i ja wraz z Mikem ruszyliśmy do swoich domów, ponieważ Sue i Kat mieszkają gdzie indziej. Szliśmy cały czas się wygłupiając.

- Mike?

- Co?

- Gówno! – Zaśmialiśmy się oboje. – Ale tak na serio, to przyjdziesz do mnie jutro i pomożesz mi się spakować na wyjazd?

- Spoko. – Uwiesił się jednym ramieniem na mnie.

- Jesteś ciężki. – Przyznałam.

- A ty lekka. – Uśmiechnął się do mnie cwaniacko.

- Nogi mnie bolą! – Żaliłam się po 15 minutach drogi.

- No to wskakuj mi na plecy!

- No chyba sobie żartujesz! Zarwiesz się pode mną!

- Jesteś uparta!

Sam zainterweniował i zarzucił mnie sobie na plecy, tak, że nie mogłam zejść.

- Ty też. – Dałam mu buziaka w policzek.

Dalszą część drogi, – czyli 20 minut – dalej się wygłupialiśmy. Była już 22.00, więc nie było aż tak dużo ludzi na ulicach.

W końcu doszliśmy na miejsce. Stanęłam przed nim i patrzyłam w górę w jego czarne oczy.

- No to… do jutra? – Spytałam i uśmiechnęłam się.

- Na pewno. – Przytulił mnie, dał buziaka w policzek i poszedł do siebie.

Weszłam do domu i poległam na kanapie. Po chwili Morfeusz zabrał mnie do swojej krainy snów.

4 komentarze:

  1. Hmmm powiem, że ciekawa fabuła. Zainteresowało mnie Twoje opowiadanie. Co do bohaterów, to są bardzo barwni i bardzo bardzo mi odpowiadają, ogółem przyjemnie i szybko się czyta.
    Czekam na ciąg dalszy. :)
    Zapraszam.
    http://67igrzyskaoczamijulites.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki ze miłe słowa :)
    Co do ciągu dalszego to na razie nie wiem kiedy pojawi się następny rozdział, bo... Tak jakby mamy mały kryzys z Katie i... No ale nie ważne. Postaramy się szybko dodać kolejny.
    Ja z chęcią poczytam ;)
    Alex xx

    OdpowiedzUsuń
  3. Podoba mi się fajnie, czekam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki! ;)
    Nie wiemy kiedy będzie następny rozdział, ale planujemy, że jak najszybciej, czyli w sobotę.
    Mamy też plan... Albo nie. Na razie nie będę zdradzać planu :P
    Jeszcze raz dziękujemy. :)
    Alex xx

    OdpowiedzUsuń